Zaznacz stronę
Wracając z Soho Faktory trafiliśmy na lokal o nazwie intrygującej, jak i oddającej klimat wnętrza. Papuga jest kolorowa i… brzydka. Możecie się przygotować na połączenie różu ze smerfowym niebieskim, co w efekcie przyprawia o mdłości, a ludzi o większej wrażliwości może zabrać przedwcześnie do nieba. Za to jeśli uda się przetrwać tą papuszą technikę obronną, to można tu spróbować jednej z najlepszych pizz w całej Warszawie.
O wnętrzu już dość, choć mówić mógłbym godzinami i jeszcze się nie nagadać (kolorowe kłosy zboża w neonowoczesnych wazonach brr…). Pizze zamawiamy z długiej listy pozycji o zabawnych nazwach, choć to ostatnie powoli staje się standardem (ale Skarpetki Geodety?hmm). Wybieram ucztę kanibala, zaspokajając swój mięsogłód: boczek, szynka, salami, kiełbasa, kurczak. Wszystko.
Rozmiar największy, czyli 0,5m. Czekam z niecierpliwością, gdy tylko pizza zbliża się do stolika, czuję pierwsze dreszcze – rzeczywiście ogromna. Drugie przechodzą, gdy podnoszę cieniutkie, świetnie wypieczone ciasto do ust – świetne! Trzeci i finalny trafia, gdy przystępuje do konsumpcji: pizza niemal idealna. Dodatki gęsto, ale bez przesady, wysokiej jakości,  podobnie jak ser i – raz jeszcze powtórzę – cieniutkie, włoskie ciasto! Ilość mięsa jest urodzajem, a nie nawalonym „byle jak” chaosem.
Minusy dobrze znacie, plusem jest sama pizza. Papuga oferuje jeszcze makarony i – ku zaskoczeniu wszystkich – burgery. Nie interesuje mnie to, ponieważ samą pizzą odkupili grzech wystroju, a początkowo wydawał się grzechem śmiertelnym. Jaki z tego wniosek? Czasem podejmowanie ryzyka popłaca!
Share This

Share This

Share this post with your friends!