Zaznacz stronę

Po raz kolejny wracam w okolice Placu Zbawiciela, tym razem by skosztować street foodu w wersji tajskiej. Brzmi jak oksymoron, głównie przez to, że większość warszawskich restauracji tajskich aspiruje do poziomu białoobrusowego. Tuk Tuk dla odmiany jest małe, nastawione na odbiorcę młodego i spragnionego nowoczesnej, łatwo przystępnej kuchni.

Pierwszy plus za półotwartą kuchnię, spora część gotowania odbywa się na naszych oczach. Obsługiwany byłem przez chłopaka o wystraszonych oczach – otwarcie restauracji było niedawno, więc wspomaganie się kartką przy opisie dań jest wybaczalne. Wnętrze jest przyjemne, pomimo tego, że malutkie – wrażenie robi stelaż zawieszony pod sufitem, z wmontowanymi lampami. Zdecydowałem się usiąść na zewnątrz, niestety wąskie, ławkowe stoły nie należą do najwygodniejszych, zwłaszcza przy jedzeniu lubiących się rozlewać sosów.

Tym razem zdecydowałem się na złoty klasyk – zielone curry z kurczakiem (występuje, jak większość dań tutaj, także w wersji wege i krewetkowej), moja towarzyszka wybrała Laksę (tajską zupę) z krewetkami. Curry dość ostre, o charakterystycznym smaku, z dodatkiem cukinii i zielonej papryki. Mało mi było mięsa, które samo było kompletnie nieprzyprawione. Laksa okazała się lepszym, ciekawszym wyborem – pod warunkiem oczywiście, że lubi się mleczko kokosowe. Łagodny, słodkawy smak z wyraźną nutą sosu rybnego, krewetki miękkie, towarzyszka zachwycona.

Gdybym do Tuk Tuk trafił przed Naam Thai, pewnie nie grymasiłbym. Jednak biorąc pod uwagę podobne ceny w obu miejscach, Tuk Tuk wypada słabo. Nie jest to miejsce złe, broń Boże. Po prostu jest wiele lepszych, co może być wystarczającym powodem, bym tu nie wracał.

Zielone curry z kurczakiem.
Laksa z krewetkami.
Alicja jest usatysfakcjonowana.
Tuk,tuk,tuk,tuk.
Z zewnątrz.
Menu.
Instalacja!
Share This

Share This

Share this post with your friends!