Długa karta obroniona (Bosko TuThai)

Jem, bywam, opisuję. Food porn.

Długa karta obroniona (Bosko TuThai)

Jeśli o Centrum Praskie Koneser chodzi, zdążyłem polubić Zoni i WuWu, zachwyciła mnie też wystawa Coming Out warszawskiego ASP, czyli najlepsze dyplomy zaprezentowane na ogromnej powierzchni wystawowej. To się nazywa „dobre zagospodarowanie”! Ostatnio wybrałem się do jednej z dwóch bliźniaczych „Boskich” restauracji, tej bardziej na wschód (jeśli o kuchnię chodzi).

Zacznę od końca, czyli od piwa. Jest tu szeroki wybór tajskich procentów i nie panuje prohibicja (w przeciwieństwie do Tajlandii, gdzie od 14:00 do 17:00 oraz po 24:00 obowiązuje zakaz sprzedaży alkoholi). Warto sięgnąć zwłaszcza po Chang (zielona etykieta), które smakuje mi bardziej, niż najpopularniejsza Singha – pewnie dlatego, że ma więcej alkoholu, aż 6%.

Karta jest dość długa i są w niej zarówno wszystkie specjały kuchni tajskiej, jak i nepalskie momo, chińskie bao, wietnamskie pho i japoński ramen. Z uporem maniaka powtarzam, że tak długa karta jest dla mnie czerwoną flagą na wzbierającym chmurami horyzoncie. Na obronę TuThai gotuje się – dosłownie i w przenośni – spora grupa kucharzy, na wpół widocznych w znajdującej się w sercu lokalu kuchni.

Przystawki trafiają do celu, choć już od początku wiem, że lepiej jest tu z kuchnią tajską, niż peryferiami. TOONGTONG (24PLN) zawsze przyciągają moją uwagę, tu te urocze sakiewki są soczyste w środku i odpowiednio chrupkie na zewnątrz. Farsz z krewetek i wieprzowiny to jest to, co w kuchni tajskiej nazywam geniuszem. Podobnie satysfakcjonujące są GIEW MOO TOO (19PLN), choć te pierożki mają w sobie jedynie wieprzowinę. Niedobór krewetek można uzupełnić tajskimi spring rollsami z krewetką właśnie (choć osobiście nie jestem ich największym fanem), bądź SATAY GOONG, które znowu uwielbiam – zarówno grillowane krewetki, jak i orzechowo-kokosowy sos satay.

Skoro już pochrupaliśmy przystawki, czas zanurzyć się w absolutną klasykę. Curry czy pad thai? Obie opcje są kuszące, dlatego ustawię niewielką drabinę, u stóp której stoi – czy może leży – MA PO TOFU, czyli wieprzowina smażona z kawałkami tofu w sosie syczuańskim, wyżej jest wspomniany już PAD THAI, na równi jest PAD MEO MA-MUANG, a na samej górze… KAENG GRA REE, żółte curry z mango, podane z kurczakiem, idealny balans pomiędzy ostrością a słodyczą, który tak u Tajów uwielbiam.

Spróbowałem niemal połowę karty, nie było żadnej wtopy – zespół pracujący na kuchni wydaje się niesamowicie zgrany, dzięki czemu są w stanie obronić długą kartę. A po wszystkich ostrościach, przyprawach i aromatach, polecam odświeżyć kubki smakowe tajskimi lodami. Albo nawet w trakcie obiadu, jesteśmy dorośli – kto nam zabroni?

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.