Trzy razy tak (I Love Juice)

Jem, bywam, opisuję. Food porn.

Trzy razy tak (I Love Juice)

Z ostrożnością wielką podchodzę do miejsc, które oferują kuchnię „zdrową”. Nie za sprawą tego, że w moich żyłach płynie smalec, a procent alkoholu w wydychanym powietrzu bywa wysoki… No dobrze, nie tylko z tego powodu! Mój entuzjazm gasi seria paskudnych wybiegów, które na celu miały monetaryzację hasła „zdrowy”, „eko”, a nawet „wegański”. Wysyp restauracji o kuchni średniej, za to bardzo drogiej, karmiącej bardziej portfel właścicieli, niż przychodzącą tam klientelę. I Love Juice to projekt pasji, który bardzo chce mi udowodnić, że powyższe wtopy to zamierzchła przeszłość.

Po pierwsze: kolorowo

Pierwsza rzecz, która przychodzi na myśl, gdy na stół trafiają wiktuały to kolor! Jest bardzo żywo, i to nie w ten odrzucający, sztuczny sposób (lody smerfowe, dzień dobry), a naturalnie, eksploatując gamę barw dostępnych w naturze. Doskonałym przykładem jest połowa awokado zapiekana z marynowanym łososiem, podana z dwoma jajkami na miękko, nasionami czarnuszki, siemieniem lnianym, przyozdobiona kiszonkami i kiełkami. Do tego zielony, zdrowy szot na pobudzenie trawienia.

Po drugie: intrygująco

Burger ze świeżych ryb to hit w I Love Juice. Na zdjęciu prezentuję opcję degustacyjną, która jest o połowę mniejsza, niż właściwa. Bułka maślana pieczona na miejscu, z czerwoną kapustą, kiszonkami i wegańskim majonezem. Dorsz nigdy nie należał do moich ulubionych ryb, a tu spotkało mnie miłe zaskoczenie. Na stół wpłynął upieczony, podany na placuszkach z młodych ziemniaków i siemienia lnianego, z surówką z marynowanej dyni, jarmużowym pesto i paloną cytryną.

Po trzecie: deserowo

Słodkościom mówię zdecydowane „tak, poproszę”. Zwłaszcza zimą, gdy znacznie więcej potrzeba kalorii, żeby ogrzać zmarźnięty korpus i rozruszać stawy. A tu zaserwowano dwa cuda: gryczane racuchy na mące z młyna kopytowa z jesiennymi jabłkami oraz chrupiący rogalik z naturalnym twarogiem. Pierwsza opcja zabłysnęła dzięki domowej konfiturze ze śliwek, druga zaś orzechami włoskimi karmelizowanymi na miodzie.

Mały metraż nie jest straszny

Lokalu nie można zaliczyć do dużych, jest też dość nieustawny – spotkanie większego grona znajomych byłoby trudne, acz nie niemożliwe. Zaletą jest za to lokalizacja przy moim ulubionym warszawskim deptaku, przy ulicy Francuskiej na Saskiej Kępie.  Aż prosi się o letnie posiedzenie! O dobry klimat troszczy się tu właścicielka, zawsze gotowa na rozmowę z klientem, przy dobrych wiatrach można nawet podpytać o przepis… Polecam ten na wegański smalec!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.