Zaznacz stronę
Przez cały dzień uważnie przechodziłam przez ulice, patrzyłam pod nogi, starałam się nie mówić zbyt wiele i nie nastręczać sobie okazji do tak popularnych dnia dzisiejszego, niefortunnych wydarzeń. Damian, znając moje roztargnienie, spotęgowane dodatkowo pechowym dniem, zaproponował wycieczkę do znanej nam już restauracji w podziemiach tuż przy ulicy Parkingowej, czyli Diner 55.
Gdy udaliśmy się tam zimą około południa, oznajmiano nam, że kuchnia jest zamknięta z powodu braku niezbędnych składników. Kolejnym razem udało nam się wejść do środka, i to ze świetnym rezultatem. Dziś jednak było tak bardzo źle, że postanowiliśmy opisać naszą barwną przygodę.
O 11:00 schodzimy niepewnym krokiem po schodkach do sutereny Diner’a. Szybko zostajemy wyproszeni na zewnątrz, ponieważ ogródek był już przygotowany na przyjęcie gości – wnętrze niestety nie, i to nie tylko pod względem wizualnym. Załkaliśmy z lekka, bo dzisiejsza wietrzna pogoda nie należała do najprzyjemniejszych. Jak słyszymy w popularnej piosence: „Trzynastego kapelusze z głów poważnych zrywa wiatr” – i dziś inaczej nie było, jednak zamiast nakryć głowy w pieczołowicie przygotowanym dinerowym ogródku, zrywane ze stolików były karty menu i świeczniki, które z charakterystycznym dźwiękiem tłuczonego szkła spadały na ziemię. Kelnerka z wdziękiem podnosiła wszystkie te rzeczy i odkładała je w to samo, ryzykowne miejsce.
Po złożeniu zamówienia, obsługująca nas pani zaznaczyła, że czas oczekiwania na potrawy może wydłużyć się do 30 minut, ponieważ dopiero co otworzono kuchnię. Po 20 minutach wróciła, jednak bez naszego obiadu, a z wiadomością, że musimy poczekać JESZCZE pół godziny. Po kilku minutach świeczniki latały już wszędzie wokoło, więc z obawy o własne życie schowaliśmy się do środka.
Po sumarycznych 50 minutach czekania, otrzymaliśmy wreszcie pierwsze dania: zupę pikantną z wołowiną i zupę średnio pikantną z krewetkami i mlekiem kokosowym. Pyszne, pożywne i świetnie doprawione. W trakcie jedzenia na stolik wjeżdża burger Damiana (zamówiony w zestawie burger+zupa). Niestety, z ust mocno zdenerwowanej już kelnerki padają słowa ostre jak habanero – mój Mex-Dog nie zostanie przygotowany, nie zostanie mi podany i niestety go dziś nie skonsumuję. Powód: brak składników, bynajmniej tyle mogłam zrozumieć z coraz mniej składnej wypowiedzi obsługi. Zrezygnowana pytam, co mogę dostać szybko i mając pewność, że po godzinie oczekiwania nie zostanę podobnie potraktowana – kelnerka kieruje się do kuchni, by zapytać o zasoby. Proponuje tacosy, ja wybieram jednak frytki, po jej zapewnieniach, że tak proste w przygotowaniu danie za chwilę się pojawi.
Cóż, pani kelnerka wraca po kilku minutach z niezręcznym: „Nie ma pani dzisiaj szczęścia”. Frytek też nie ma. Nic nie ma. Dziękuję uprzejmie za drugie danie i zadowalam się kawałkiem smacznego burgera od Damiana. Mój towarzysz wyraźnie zwraca przy tym kelnerce uwagę, że mogłaby nasze szkody uwzględnić przy podsumowaniu rachunku.
Za chwilę dostajemy malutki talerzyk, na którym wdzięcznie spoczywa paragon. Nieufnie biorę go w dłoń i nie wierzę własnym oczom – zamiast zestawu zupa+burger za 32 zł na paragonie widnieją obie te pozycje naliczone oddzielnie, dzięki czemu całość kosztowała 36 zł. Obsługa uwzględnia naszą reklamację, jednak ile już osób dało się nabrać na tak subtelny, samozachowawczy zabieg? Rabatu czy jakiejkolwiek innej formy zadośćuczynienia za wszystkie szkody – brak.
Wychodzimy z Dinera 55 z niedowierzaniem, zniesmaczeniem i ironicznym uśmiechem. Czy to wina trzynastego dnia miesiąca, przypadającego w piątek? Czy to powód, dla którego wiele osób skarży się na długi czas realizacji zamówienia i arogancką obsługę? Czy to wynik braku kompetencji managera, kelnerki, kucharzy? Może niezdolność porozumiewania się? A może wszystko zwalić jednak na managera? Tak będzie najrozsądniej, bo to w jego zakresie leży odpowiednia organizacja i zarządzanie restauracją.
Diner 55 to miejsce, w którym skosztować można znakomitej i różnorodnej kuchni. I tu plusy niestety się kończą, bo otoczka to jedna wielka porażka. Żałowaliśmy, że nie zrezygnowaliśmy z obiadu w Diner w momencie, w którym poinformowano nas o tym, że na dania czekać trzeba blisko godzinę.
Jeśli cenicie swój czas i nie macie nerwów ze stali – omijajcie Diner 55 szerokim łukiem.
pietek13tego
Share This

Share This

Share this post with your friends!