Mangalica, choć nie tylko (The Farm)

Jem, bywam, opisuję. Food porn.

Mangalica, choć nie tylko (The Farm)

Robert (Where’s The Food) zaprosił mnie do The Farm, restauracji o której nic nie wiedziałem, nie zrobiłem też zwyczajowego researchu. Ponieważ nasz wypad miejsce miał w najgorętszy dzień zaskakująco upalnego sierpnia, ubrałem się w bezrękawnik i haftowane krótkie spodenki (Sziken, polecam). Jak bardzo byłem zdziwiony, gdy okazało się, że The Farm nie jest – jak sugerować mogłaby nazwa – streetfoodem z rwaną wieprzowiną, a elegancką restauracją przy ulicy Mokotowskiej (odcinek za Placem Zbawiciela).

Szczęśliwie, obsługa była na tyle profesjonalna i uprzejma, że pomimo kompletnie nieformalnego stroju, czułem się tu bardzo swobodnie. Elegancki minimalizm ma wiele pragmatycznych rozwiązań, gładko gospodaruje wagonikowy charakter lokalu. A tuż za pierwszą, podzieloną na dwa poziomy salą, znajduje się przepiękna lada rzeźnicza, skąd wybierać można najsmakowitsze kąski, prosto na nasz stół! Opcja kupna do domu – też, oczywiście, możliwa.

Mangalico kochana

Karta nie za długa, nie za krótka, ciekawa dla mięsożerców, choć i dla drugiej strony mocy sporo się znajdzie. Azymut fine dining, choć nie brakuje tu domowych melodii: remulady, rosołu czy burgera (taaak, wiem). Jajko po szkocku w mięsie z Mangalicy z sosem gribiche oraz remuladą z selera to opcja fajna, choć dla mnie ma mocno śniadaniowy vibe. Klasyczne jajka po szkocku to jajka na twardo zawinięte w farsz z białej kiełbasy, dymki i natki pietruszki. Tu warstwa mięsa z Mangalicy (włochatej i tłuściutkiej odmiany świnki) nie jest tak gruba, jak czasem spotkać można, co działa in plus. Sos gribiche – pierwszy raz o nim przeczytałem w książce autorstwa Julii Child – jest to sos majonezowo-jajeczny z dodatkiem kaparów, korniszonów i ziół. Sprawuje się wzorowo!

Raviolo z domową ricottą oraz jajem, cukiniowym spaghetti i salsą verde (25PLN) jest lżejsze, świeższe i… Nudniejsze. No, ale jak tu przebić kochaną Mangalicę, której walory smakowe rozsławił sam Gordon Ramsay?

Wołowina z Mazur

Antrykot i policzek sezonowanej wołowiny Aberdeen Angus z masłem cafe de paris i fasolką szparagową (86PLN) to czysta przyjemność. Raz, że zestawić można dwie różne faktury, smaki zbliżone – w końcu z tej samej wołowiny, z tych samych Mazur – a jednak bardzo różne, uzupełniające się wzajemnie.

Burger (39PLN) to kolejne wcielenie tej samej wołowiny, wcielenie łatwe do przyswojenia, sympatyczne, choć pozbawione polotu poprzedniej pozycji. Wypiekana na miejscu bułka z czarnuszką, frytki i własny keczup. Z tym nie można się pomylić, choć farma ma znacznie więcej do zaoferowania, niż tak bezpieczna pozycja.

Mokotowska 8

The Farm jest jak danie, który zobaczyć możecie na zdjęciu poniżej. Najpierw nie wiesz, czy do czynienia masz z klopsem, czy z deserem, jednak po spróbowaniu kilku dań wiesz, że przy wysokim poziomie nie ma to większego znaczenia. W ten nietypowy sposób (patrz jajko po szkocku) podane jest tiramisu z orzechami laskowymi z lodami z Bailey’sem (25PLN). Najważniejszą konkluzją, którą wyciągnąłem z wizyty na Farmie jest zgodność dań z opisem (z którym zaznajomiłem się już po wizycie) – własne gospodarstwo na skraju Puszczy Boreckiej popłaca. Myślę, że kontrola nad produktem już od poziomu hodowli to trend, który coraz częściej będzie widać w restauracjach fine dining – pamiętam, kiedy rozmawiałem o tym z Andrea Camastrą (Senses). I to mi się bardzo podoba.

The Farm, Mokotowska 8, 725 320 420

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.