U Świętego Wawrzyńca (San Lorenzo)

Jem, bywam, opisuję. Food porn.

U Świętego Wawrzyńca (San Lorenzo)

Dla Good Place Warsaw tekst napisała Konstancja Gierba.

Restauracji włoskich w Warszawie jest od groma, ale takich z ponad dwudziestoletnią tradycją już znacznie mniej. San Lorenzo karmi gości już od ponad dwóch dekad – zarówno Polaków, jak i Włochów wpadających tu na sentymentalne, rodzime smaki. Swoją drogą, nazwa kojarząca się nam z wakacyjną miejscowością, w polskim tłumaczeniu jest wybitnie swojska, bo San Lorenzo to po prostu święty Wawrzyniec, który poniósł męczeńską śmierć na ruszcie (mówiąc wprost – zgrillowali go). Jako patron kucharzy i piekarzy ewidentnie spogląda łaskawym okiem na ten lokal, bo z kuchni wychodzą same pyszności.

San Lorenzo zajmuje sporą część kamienicy przy al. Jana Pawła, niedaleko Feminy i Hali Mirowskiej. Wnętrze jest zrobione z rozmachem, ale nie z przesadą: przepiękne zakręcone schody, ozdobne żyrandole, no i (mój prywatny hit) obrazy podwieszone pod sufitem. Na rodzinny obiad, ważną kolację czy randkę (nie tylko pierwszą) lokal sprawdzi się doskonale, zwłaszcza że – umówmy się – wszyscy lubią włoskie jedzenie!

Z przystawek smakowały mi wszystkie cztery, których miałam okazję spróbować, i choć trudno mi było wybrać faworyta, to jednak skłaniam się ku koronowaniu na króla stołu tatara z polędwicy z tuńczyka i awokado (49 zł). Mięso zostało odpowiednio zamarynowane, awokado podkręca cudowną maślaność całego dania. Warte swojej ceny! Awokado znajdziecie też w sałatce z krewetkami (32 zł), to z kolei dość lekka, kolacyjna propozycja, ale dzięki dressingowi z grejpfruta niebanalna. Na uwagę zasługują przepięknie podane zapiekane pod beszamelem muszle św. Jakuba, krewetki i mule (30 zł). Tutejsze carpaccio (39 zł) smakowało mi chyba najbardziej w życiu, bo o ile zwykle smak surowego mięsa jest dla mnie zbyt niewyraźny, tak tu dzięki dodaniu ziół i domowego pesto wyszła jakaś wołowa rewelacja. Może być to oczywiście wada dla fanów surowizny, ale ja byłam tym smakiem całkowicie ukontentowana. Do tego wszystkiego chrupiące, pachnące rozmarynem foccacie (9 zł), wspaniale pasujące do domowej oliwy w kilku wersjach (koniecznie sprawdźcie tę czosnkową!!!).

Przechodzimy do konkretów, czyli do pizzy. W San Lorenzo podają wersję neapolitańską (uwielbianą przez Polaków, okrągłą, dość wilgotną i cienką) i nieco mniej popularną, rzymską, o grubszym cieście i prostokątnym kształcie. Uwaga, protip – w czwartki i piątki w godzinach 16-22 możecie spróbować dowolnej liczby kawałków każdego rodzaju, w cenie 28 zł. Warto spróbować tej z szynką i karczochami, klasycznej parmy, a jeśli chcecie zaszaleć – tej ze szpinakiem, śmietaną i łososiem (foodporn w czystej postaci).

Deserów w karcie nie ma, ale w San Lorenzo podają to, co akurat w danym dniu mają najlepszego ze słodkości. Podczas naszej wizyty był to świetny mus z gorzkiej czekolady, ale też miniaturowe włoskie eklerki (bigne) o smaku czekoladowym (pycha!), pistacjowym i śmietankowym. Miłośnicy migdałów nie mogą odmówić sobie kawałka torta caprese ze skórką cytrynową.

San Lorenzo to smaczna, dopieszczona włoska kuchnia. Podczas kilkugodzinnej kolacji nie trafiłam na ani jednej słaby punkt, leją dobre wino, pizzą karmią po kokardy. Molto bene, na pewno wrócę do świętego Wawrzyńca!

San Lorenzo

al. Jana Pawła II 36 Warszawa

22 652 16 16

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.