Zaznacz stronę

Do napisania tego artykułu zmusił mnie nowy gatunek, który już nie tylko w Warszawie, coraz częściej napotykam na swojej drodze. Mowa o homo culinarius, człowieku gastronomicznym, nowoczesnym „foodie”. W tym krótkim, pseudo-socjologiczno-kulinarnym artykule, chcę opisać to mityczne zwierze i zastanowić się, co spowodowało tak nagły wzrost liczebności jego populacji w kraju nad Wisłą.

Jedzenie jest świetne. Nikt mnie o tym przekonywać nie musi, gdybym tylko więcej miał wolnego czasu, z chęcią rozdzieliłbym go równo pomiędzy gotowanie, a konsumpcję (niekoniecznie własnych tworów). Jednak są ludzie, którzy z czynności fizjologicznej zrobili elitarną zabawę, sprawiając, że każdy posiłek staje się starannie zaplanowanym mini spektaklem.  Diety nie są dla nich sposobem na poprawę samopoczucia, a kluczem do podrasowania ego, do podkreślenia własnego elitaryzmu – o diecie bezglutenowej (na którą i ja dałem się złapać) bardzo ładnie mówi w wywiadzie Pan Maciej Nowak. Ich fejsbuki i instagramy przeładowane są zdjęciami posiłków, do tego zdjęciami, których jakość i kompozycja sprawiają, że niekoniecznie chce się czegokolwiek próbować.

Przejdźmy do ich pogardy dla popularnych obecnie (i dawniej) trendów: nie daj Boże, rzuć hasłem „burger” lub „sushi”, a pełne politowania uśmiechy przywołają cię do pionu. Co ciekawe, gdy już mowa o jakiejś burgerowni bądź suszarni, Ci sami ludzie zawsze mają wyrobione zdanie, co wcale nie stoi w konflikcie z niechęcią do tego „nudnego żarcia”. Bywają tam dla zasady. Trend gloryfikowany jest do momentu, w którym jest naprawdę popularny, tak teraz w łaskach są hummusy, które pewnie za niedługo ustąpią miejsca nowemu królowi.

Ten dziwny rodzaj hipokryzji nie ogranicza się do trendów, a też do zjawisk około kulinarnych – nasz kochany homo culinarius krytykuje targi żywności naturalnej mówiąc, że sprzedawane tam produkty są za drogie, że żywność często nie odbiega jakością od marketowej, narzeka na nieświadome tłumy. Nie chodzi o to, że nie ma racji – rzeczywiście, tak to wygląda na niektórych targach, niektóre stoiska nastawione są stricte na zysk. Chodzi tu o to, że nasz potworek bywa, bo bywać wypada. Kupuje eko, bo to odróżnia go od „przeciętnego” konsumenta, jest w stanie wyrecytować z pamięci przepis na foies gras, a ma problemy z przygotowaniem smacznej jajecznicy.

Czy mogę o tym pisać, czy mogę krytykować, skoro sam momentami staję się jednym z nich? To, że prowadzę Good Place Warsaw stawia mnie jedną nogą w świecie „wyższym”, na gorzko-słodkiej pozycji krytyka kulinarnego, jednak przez uniwersalne medium jakim jest internet, jestem w ciągłym kontakcie, a momentami konflikcie z kulinarnymi trolami. To, co w tych starciach najbardziej mi przeszkadza, to właśnie dziwny elitaryzm, który objawia się często niewypowiedzianymi wprost przesłankami:

-wszystko, co z importu jest dobre

-wszystko, co jest popularne jest złe

-wszystko, co drogie, jest dobre

Niewypowiedzianych, bo ich werbalizacja odebrałaby stworowi niezbędnej powagi. Za to każde zdanie, które wypowiada jest tym podminowane, co ma głęboką historyczną wartość – zawsze zachwycano się tym, co drogie i egzotyczne (a zwykle obie te rzeczy idą w parze). Na tej zasadzie w Japonii rarytasem jest chleb, jednak w Polskiej odmianie elitaryzmu drażniącym jest brak selekcji, który sprawia że gloryfikujemy polędwice „z Kobe” (która Japonii na oczy nie widziała) nad wybitnie pyszną, rodzimą.

Zamiast foodie wolę swojskiego smakosza, którego kryterium dobrego smaku nie jest najdroższa mozzarella. Ten ostatni znajduje motywacje w czystej przyjemności smaku, nie ma potrzeby obnoszenia się ze swoimi kulinarnymi doświadczeniami, z resztą najprawdopodobniej nie zostałby przez naszego culinariusa doceniony. No bo gdzież wypada chwalić gołkę białą niewędzoną, gdzież zachwycać zebranym pod płotem topinamburem czy pokrzywą. No, chyba że wyszły spod rąk szefa kuchni o nazwisku podobnym Amaro – wtedy polska wieś jest doceniona.

 

Nowy "foodie"

Share This

Share This

Share this post with your friends!