Obiad z… Łukaszem Orbitowskim. / Que Huong

Jem, bywam, opisuję. Food porn.

Obiad z… Łukaszem Orbitowskim. / Que Huong

Do tej rozmowy musiałem się odpowiednio nastawić, ponieważ Łukasza znam nie tylko ze świetnych powieści, ale także z nonkonformistycznej postawy wobec życia. Negacja ogólnoprzyjętych wartości nie ominęła jedzenia, dlatego jako miejsce spotkania musiałem wybrać coś niesztampowego, nie do końca blogerskiego. Miejsce, które będzie pasowało do prawdziwego metalowca, który boi się wejść do centrum handlowego. I tak, znaleźliśmy się w (nie)sławnym Que Huong, na Placu Zbawiciela.

Damian Dawid Nowak: Powiedz mi, jak można nie lubić jeść?

Łukasz Orbitowski: Wstaję rano i muszę sobie zrobić śniadanie. Chciałbym się zająć czym innym, ale nie mogę, bo muszę zrobić i zjeść

DDN: Ale czy nie jest tak z każdą funkcją fizjologiczną?

ŁO: Tak, ale inne nie zajmują tyle czasu. Pięć, sześć minut maksymalnie, a obiad ugotować, przynajmniej pół godziny, potem zjeść, potem jestem senny i muszę się położyć…

DDN: A może życie jak modelka, na liściu sałaty?

ŁO: Nie, bo przy tym nie dbam o linię.

DDN: Czyli jest coś, co lubisz?

ŁO: To nie jest do końca tak, ja po prostu nie lubię być głodny. Chciałbym uwolnić się z cyklu, mam nadzieję, że w końcu wymyślą te trzy pigułki, którymi będę mógł zastąpić pokarm.

DDN: A słyszałeś o tym człowieku, który żyje na samych szejkach?

ŁO: I co, żyje? Poczekajmy jeszcze trzy lata, wtedy o tym pomyślę. Próbowałem się żywić batonikami proteinowymi – owszem, nie byłem głodny, ale pojawiły się problemy gastryczne.

DDN: Z czysto ewolucyjnego punktu widzenia, człowiek nie lubiący jeść wyginąłby. To tak, jakbyś nie lubił oddychać!

ŁO: Może ja również nie lubię oddychać! Masz tu jawny dowód, że jestem ginącym gatunkiem, człowiekiem, który nie powinien się zdarzyć. Patrząc na to nieco głębiej, mógłbym polubić jedzenie, gdyby nie było koniecznością. Ja traktuję obowiązki strasznie poważnie i metodycznie, jesli mam robotę do zrobienia, to niezależnie od okoliczności ją wykonam. Jeśli muszę zadbać o syna, wsiadam w samolot i lecę, jeśli mam jeść pięć posiłków dziennie, to je przygotowuję. Może dlatego tego nienawidzę.

DDN: Kiedy już sobie gotujesz, co ląduje na talerzu?

ŁO: Umiem przyrządzić dwa dania: łosoś z ryżem, cytryną,pieprzem i solą, żadne wyzwanie. Drugi jest makaron z tuńczykiem, brokułami i czosnkiem, a to dlatego, że gdzieś przeczytałem, że to danie zawiera wszystkie potrzebne do życia mikroelementy.
Moja abnegacja kulinarna jest kontrastowana przez otoczenie – wszyscy kochają jeść.Jestem otoczony przez samych smakoszy.

DDN: Czym się obecnie zajmujesz?

ŁO: Jestem felietonistą Wyborczej, mam regularne zamówienia na teksty, a już niedługo, pod koniec października, ukaże się moja nowa powiesć „Szczęśliwa ziemia”. Tytuł jest znaczący, a całą książkę mam za fucka względem tych, którzy twierdzili, że moje powieści są smutne.

Ta dopiero jest smutna!

Obecnie powoli zbieram się do napisania powieści życia. Może nie całego, bo mam plan jeszcze parę dziesiątek lat pożyć.

DDN: Najlepsza?

ŁO: Największa, nie wiem, czy najlepsza. Skrótowo: saga rodzinna, osadzona na Dolnym Śląsku, w Jaworznie, gdzie mieszka mój syn, historia zmagań pasierba z macochą. Fantastyczna osmoza będzie związana z tarotem, rozkładanym przez narratora, brata głównego bohatera. Wycofany z życia, zamknięty w domu, rozkłada tarota i opowiada o swojej rodzinie: nie wiemy, czy karty mają zdolności profetyczne, czy to tylko zabawa.

DDN: Dużo też ostatnio pisałeś o grach komputerowych.

ŁO: Tak, bo to jest łatwe.  W gruncie rzeczy niewiele osób potrafi napisać o grze więcej, niż że jest fajna-niefajna. Do tego rynek gier jest w kryzysie, bazuje na sequelach, coraz mniej wychodzi nowych, ambitnych tytułów. Jest oczywiście moda na gry indie, ale w tym sektorze brakuje pieniędzy.

Jedzenie, jak to w „chińczyku” – średnie. Sajgonki tłuste i ciężkie, za to ze świetnym, ostrym, bardzo wyrazistym sosem. Kalmary gumiate, pozbawione smaku, ryż rozgotowany, jak dla dziecka. Surówka nijaka. Zaskoczyły mnie za to krewetki w cieście kokosowym, które wybrał Łukasz. Były świetne! Najlepsze ciasto kokosowe, jakie jadłem w Warszawie. Widać, że gdyby dołożyć tutaj serca, miejsce mogłoby być ponadprzeciętnym przedstawicielem kuchni chińskiej. Wystrój barowo-weselny, obsługi zasadniczo brak, Łukasz wydawał się zadowolony…

Czy te oczy mogą kłamać?
Saj-gon-kiiii.
Krewetki w cieście kokosowym/
Niemal weselne wnętrze.
Nieostre zdjęcie wejścia, a jak.

One Response

  1. Hania-Kasia pisze:

    Byłam raz w tym lokalu i jak dla mnie jest to koszmarne miejsce, zarówno pod względem atmosfery, wystroju, jak i poziomu kuchni. Warzywa z mrożonki widoczne na zdjęciu mówią same ze siebie. Klimat weselny nie jest przypadkiem – czytałam gdzieś, że odbywa się w tym lokalu większość wietnamskich wesel; gdy ja tam byłam, wisiały weselne dekoracje z imionami państwa młodych :)) A tak na marginesie, wydaje mi się nieporozumieniem nazywanie wietnamskiej knajpy „chińczykiem”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.