W podróży… Lizbona

Jem, bywam, opisuję. Food porn.

W podróży… Lizbona

Zastanawiałem się, czy pisać o moich grudniowych wakacjach – pomimo, że nie robiłem specjalnie dużo zdjęć kulinarnych, jak zawsze orbitowałem wokół lepszych i gorszych restauracji i sklepików, sprawdzając lokalne przysmaki. Druga połowa ’16 roku była niesamowicie intensywna, a grudzień był jednym z najtrudniejszych miesięcy dotychczas, co odbiło się na regularności Good Place Warsaw. Dlatego też zdecydowałem się na niewielki urlop i sesję zasłużonego rozpieszczania samego siebie, w tym wychodząc poza sferę kulinarnego komfortu, co w efekcie zaowocuje trochę innymi recenzjami – na chwilę odpuściłem ulubionej kuchni azjatyckiej, pozwalając innym zawalczyć o moje podniebienie.

Ważnym punktem w mojej regeneracji była wizyta w salonie kosmetycznym, czego wcześniej unikałem, wychodząc z założenia, że mężczyzna z kosmetyków potrzebuje pasty do zębów i kremu do twarzy, a reszta jest zbędnym luksusem. Nic bardziej mylnego, wizyta na zabiegach w warszawskim salonie Health Beauty (link) pozwoliła mi szybciej dojść do siebie i była odpowiednim preludium, do głównego tematu tego wpisu, czyli Lizbony.

Stolica Portugalii jest miastem porażających kontrastów: obok ekskluzywnych hoteli i świecących przepychem witryn sklepowych pełno jest zaniedbanych i opuszczonych budynków, niejednokrotnie zaglądając przez szybę do środka sklepu przy głównej ulicy widziałem jedynie gruz. Szczęśliwie ulice żyją, a jest to życie napędzane nie tylko przez turystyczny ruch, są miejsca dedykowane Portugalczykom, gdzie najlepiej czują się autochtoni i tam też spróbowałem najciekawszej kuchni. Oczywiście, nie są to lokale położone w bezpośrednim sąsiedztwie najpopularniejszych punktów widokowych, ale cóż… Żeby znaleźć wyjątkowy smak trzeba się odrobinę postarać, do tego zdążyłem przywyknąć. Doskonałym przykładem są tradycyjne ciastka Pasteis de Belem (w całej Portugalii nazywane pasteis de nata) dostępne są w niemal każdym sklepie spożywczym, o cukierniach nie wspominając. Jednak jeśli pofatygujemy się do dzielnicy Belem, która swoją nazwę wzięła od biblijnego Betlejem, najlepiej pod adres R. Belém 84-92, wtedy czeka nas prawdziwa sensacja, niezapomniany smak.

Oczywiście, lepiej być przygotowanym na kolejkę, zwłaszcza jeśli wizyta wypada w gorącym okresie przedświątecznym. Innym miejscem, które odwiedzić warto nie tylko ze względu na sam produkt narodowy, jakim są sardynki, a na oprawę graficzną i czysty kult, jakim są tutaj otoczone. Sardynki są dosłownie wszędzie: na półkach sklepowych, na magnesach, pocztówkach, przypinkach, nawet na produkowanych tu kafelkach i korku! Jeśli wylądują na talerzu, to nie są to znane z puszek maleństwa, a wielkie i żywe, świeże i tłuste ryby! W O Mundo Fantástico da Sardinha Portuguesa znajdziecie mnóstwo roczników w kolorowych puszkach, podawanych przez obsługę prosto z innej epoki. Kup coś, w końcu sardynki to 40% portugalskiej produkcji ryb, którą rocznie szacuje się na imponujące sto tysięcy ton.

Razem z antyglutenowcami, coraz częściej do głosu dochodzą sceptycy przetworów mlecznych – jeśli spytacie mnie, czy mleko jest dla mnie zdrowe, z przyjemnością odpowiem, że nie wiem i wiedzieć nie chcę. Jeśli będziecie się upierać, zabiorę was na dobry ser, który z pewnością przeciągnie was na stronę świadomej ignorancji! Jednym z takich mlecznych cudów jest portugalski queijo da serra, okrągły i żółty, należący do rodziny serów owczych. Jednym ze składników użytych do jego produkcji jest oset, co jeśli nie wzbudza entuzjazmu, powinno budzić ciekawość. Jeśli znajdziecie się w jednej z lepszych restauracji, z pewnością zawita on na stole.

SONY DSC

Wpis zakończę największym zaskoczeniem kulinarnym, jakie mnie tu spotkało, zieloną zupą o wdzięcznej nazwie Caldo Verde, która swój kolor zawdzięcza jarmużowi, a urok mocnej wkładce. Portugalskie chorizo to mus, jak ktoś powie mi o wersji wege, bądź zastąpi je byle jaką alternatywą to… Nie będę specjalnie miły. W artykule o Lizbonie jest to pozycja ciut naciągana, ponieważ danie pochodzi z północy Portugalii, jednak w stolicy nie brakuje restauracji wyspecjalizowanych właśnie w tych daniach.

To zaledwie odrobina oryginalnych smaków, z których słynie Portugalia. Selekcja była o tyle trudna, że w większości popularnych restauracji następuje uogólnienie, ujednolicenie kuchni do nijakiej, europejsko-amerykańskiej wersji i to właśnie wina turystów. Dobrze jest mieć ze sobą „insidera” zorientowanego w meandrze wąskich uliczek i tajemnych przejść. Ciekawy jestem, czy interesowałyby was podobne wpisy o innych europejskich stolicach? Następnym razem obiecuję wziąć ze sobą aparat i skupić się na porządnej fotografii! Poniżej wrzucam jedno z ciekawszych dań fusion, jakie udało mi się zjeść w Portugalii – burger podany w bajglu, z jajkiem i wypiekanymi na miejscu czipsami ziemniaczanymi.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.