Zestawy lunchowe – problem czy okazja?

Jem, bywam, opisuję. Food porn.

Zestawy lunchowe – problem czy okazja?

Jeśli pracujesz w jednym z większych polskich miast – a jak statystki mojego bloga wskazują, większość z was jest z Warszawy (wow, jakie zaskoczenie) – to temat „zestawów lunchowych” dostępnych w większości restauracji nie brzmi obco. Jeśli zaś uchowałeś się od wszechobecnych reklam, na przykład wychodząc z domu jedynie bladym świtem i późną nocą, to pokrótce wytłumaczę: aby uatrakcyjnić swoją ofertę okolicznym pracusiom, w określonych godzinach dnia dostępne są dania w niższej cenie, często w zestawie z zupą bądź napojem, sporadycznie – z deserem. Dla lokali jest to opłacalne, ponieważ klientela przychodzi na chwilę, w dużej liczebności, w przerwie od pracy zapoznaje się z różnymi pozycjami z karty. Jest to nowoczesna forma stołówki, wiele firm wykupuje też bony dla swoich pracowników, które często dotyczą właśnie zestawów lunchowych. Trend stał się na tyle silny, że dotyczy też restauracji fine dining, gdzie warto wybrać się specjalnie po to, żeby spróbować kuchennej masterii w przystępnej cenie, dobrą analizę tego segmentu przeprowadził FoodSnob.

Zestaw lunchowy dla mnie jest dobrą okazją do zapoznania się z kuchnią – zwykle nie wystarczy (chyba, że jest wybitnie dobry, lub wybitnie zły) do wyrobienia sobie całościowego zdania, jednak może sygnalizować stosunek, jaki restauracja ma do klienta. Co mam na myśli? Otóż rozpatrzmy sytuację: w jednym z popularnych lokali zamawiam zestaw, w którym zawiera się lemoniada, osoba mi towarzysząca nie jest głodna, więc zamawia lemoniadę osobno, niezależnie od jedzenia. Kiedy napoje są podane, kelnerka pyta: które z państwa zamawiało zestaw lunchowy? Okazuje się, że lemoniada w wersji samodzielnej podana jest w wysokiej, przyozdobionej szklance, pełna cytrusów, a na dnie znajduje się brązowy cukier. Ta „gratisowa” natomiast, niczym brzydkie kaczątko: woda zabarwiona cytryną. Wniosek z tego prosty – nie ma nic za darmo, jednak gorsze jest to, jak poczuwa się klient, to swoiste „mamy cię gdzieś”. Podobnie bywa z daniami w karcie a tymi, które są sprzedawane w obniżonej cenie, kontrast piękna i bestia, choć nazwa i opis wskazują na tożsamość. Niektórzy wychodzą za założenia, że „lunch” oznacza drugie śniadanie, więc powinien być mniejszy, niż pozostałe posiłki, jednak zestawy najczęściej pełnią rolę obiadów i stanowią główny posiłek w trakciecałego dnia pracy. Dlatego właśnie danie z zestawu lunchowego nie powinno służyć do karmienia gołębi, a raczej przywracać siłę dzielnym wojownikom krawatu, żołnierzom białego kołnierza.

Jak uniknąć samobója? Trzymając się stałego poziomu kuchni, najlepszych składników i starannego przygotowania, niezależnie czy jest to regularny klient, czy „lunchowicz” (co jest oczywiste). Jeśli dania muszą być mniejsze, aby uniknąć kontrastu, dobrze jest umieścić w ofercie pozycje spoza karty, jednak utrzymane w tym samym charakterze. Dobrym pomysłem jest bazowanie na produktach sezonowych, dzięki czemu rotacja wypada całkiem naturalnie. Oferta ma być wyciągniętą dłonią, która zachęca klienta do powrotu: na śniadanie, niedzielny obiad, czy wieczorną randkę. Fałsz, chęć szybkiego zysku wyczuć można od progu, a takie rzeczy nigdy nie zyskują na popularności, swoje odbicie znajdują w recenzjach i opiniach, chętnie wystawianych nie tylko w internecie, poczta pantoflowa żyje i ma się bardzo dobrze. A skoro już na frimach bazujemy, to pokazanie się z najlepszej strony może skusić do lukratywnych imprez firmowych… Same profity. W najbliższym czasie postaram się zrobić kilka recenzji samych zestawów lunchowych – nie wiem tylko, czy wylądują na blogu, czy na Facebooku. Tak czy inaczej – zapraszam do śledzenia, czekam też na rekomendzacje z Waszej strony.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.