Zaznacz stronę

Tekst o jedzeniu w Japonii chciałem napisać bez chwili zwłoki, póki jeszcze smaki orientu były w moich ustach żywe, a melodyjny język o szyku SOV (podmiot-dopełnienie-orzeczenie) brzmiał wyraźnie w mojej głowie i nie mam na myśli piosenek Gackta. Czas płynie, od wizyty w Kraju Kwitnącej wiśni minął miesiąc, dwa, niemal trzy, a ja pozostałem na etapie przemyśleń i do połowy zrzuconych na komputer fotografii. Sytuacji nie ułatwiła tu awaria aparatu, przez którą straciłem sporą część zdjęć, a może to kolejna, wygodna wymówka. Czemu? Jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest tytuł bloga, nadany portalowi pochopnie kilka (trzy?) lat temu. Gdy zakładałem Good Place Warsaw, celem było pisanie o warszawskich restauracjach, które z racji mojej ówczesnej pracy odwiedzałem niemal codziennie – jedne doświadczenia były pozytywne, inne negatywne, często powszechna opinia, szum wokół restauracji, nie zgadzały się z poziomem zastanym. Chciałem to w pewien sposób weryfikować, dawać swoją opinię popartą amatorską fotografią i przemyśleniami. Nie myślałem, że w ciągu paru lat wszystko się zmieni, że tak często będę podróżował po Polsce, że znajdę w sobie chęć i motywację do pisania nie tylko o stolicy, ale i restauracjach w wielu innych, bardzo odległych od niej miejscach. Podobnie na początku miałem kilka osób, z którymi współtworzyłem GPW. Z czasem okazało się, że trudno jest pogodzić różne spojrzenia na często te same dania, wnętrza czy sposoby podania. Od ponad roku GPW prowadzę w pojedynkę, jestem autorem wszystkich wpisów i przedstawiam wyłącznie swój punkt widzenia, tworząc spersonalizowaną mapę restauracji odwiedzonych, niejednokrotnie zbaczając z wyznaczonej wcześniej trasy po to, żeby spróbować czegoś nowego, zahaczyć o poleconą mi restaurację. Pytanie nasuwa się samo: czy to nadal Good Place Warsaw? Czy może powinienem zmienić nazwę na „Damian lubi jeść”?



Pisząc o Japonii odchodzę od przyjętej konwencji GPW i idę w nowym kierunku: trochę podróżniczym, trochę bardziej osobistym – jak mogłoby być inaczej, skoro chcąc odwiedzić wschód, dotychczas jeździłem niemal wyłącznie na zachód? Nippon to spełnienie marzenia i weryfikacja tego, co dotychczas myślałem, że o kuchni japońskiej wiem. A okazało się, że wiem mniej, niż powinienem, dlatego wyjazd miał dla mnie też charakter edukacyjny i ta nauka była więcej warta, niż większość książek i stron poświęconych tematowi kulinariów. Po raz kolejny okazuje się, że to doświadczenie jest najlepszym nauczycielem.

Po pierwsze: sushi

Surowa ryba w Japonii jest pyszna. Ta, którą jedliście w Polsce, ba! Gdziekolwiek w Europie, prawdopodobnie nie jest w połowie tak dobra, jak ta dostępna tutaj. W restauracjach najpopularniejsze i najchętniej zamawiane przez Japończyków są sashimi, czyli cienko pokrojone plastry surowej ryby, podane z sosem sojowym i wasabi. Zestawy sashimi są bardzo zróżnicowane i w przeciwieństwie do wszechobecnego w Polsce łososia, to inne ryby zdobywają moją uwagę: maguro, czyli tuńczyk, wydaje się znacznie lżejszy, bonito zachwyca kolorem, małże to kompletnie inna bajka. Sushi na ryżu podawane jest najprościej, wypasione maki z milionem różnych dodatków występują głównie jako jedzenie na gotowej tacce z supermarketu. Minimalizm rządzi i wygrywa.

Co ciekawe, Japończyk spytany o najlepszy lokal sushi, nie poleci nam restauracji z gwiazdką Michellin, nie zaprowadzi do drogiego hotelu, miejsca nastawionego na turystów. W mniejszych uliczkach, pod mało widocznymi szyldami lub na pięterkach znajdują się mniejsze restauracje rodzinne, które zwykle są droższe od tych sieciówkowych, jednak oferują znacznie wyższy poziom – to właśnie tam stołują się złaknieni narodowego dobra rodacy.

DDN je Japonię

Po drugie: ramen, soba i udon

Oczywiście, wybierając się do Japonii moim celem było spróbowanie zupy, która przebiła się do europejskiej popkultury pod tyloma względami: jako protoplasta „chińskiej zupki”, danie dla hipsterów i w końcu smaczna nowość. Miałem tu przyjemność spróbować zarówno popularnych i tanich sieciówek, nieoznaczonych barów na tyłach bazarków, gdzie zamawia się dania z automatu (podobnego, do tych z Coca-colą) a opisy są jedynie w „znaczkach”, jak i lepszych restauracji. Tu też nie ma rozczarowania, niezależnie gdzie się znajdziemy – a tłum zwykle jest dobrym wyznacznikiem – zupy są dobre i pożywne, z dużą ilością dodatków, zależnie od wybranej odmiany i lokalnej specjalności. Najlepiej wspominam niewielki bar w Harajuku w Tokyo, gdzie kolejka wystawała na zewnątrz lokalu, a głównie młodzi ludzie tłoczyli się na wąskich schodkach. Tam kucharze witali i żegnali każdą osobę, zupę jadło się przy szerokim kontuarze, a smak… Był wyjątkowo wyrazisty.

Krótki słowniczek, nazwy zup (raczej ich pierwszy człon) bierze się od makaronu, jaki w nich jest.
Udon: to gruby makaron pszenny, którego początki sięgają okresu Nara (710-784). Podawany jest zazwyczaj na ciepło w lekkim wywarze zwanym tsuyu.

SobaW Polsce popularna i lubiana jest kasza gryczana. Tymczasem z nasion tej samej rośliny Japończycy produkują makaron zwany soba. Charakteryzuje się twardością i cienkimi nitkami, latem podawany jest na zimno, a w zimie na ciepło. W Japonii, szczególnie w pobliżu dworców, popularne są bary, w których śpieszący się podróżni mogą zjeść miskę soby na stojąco.

Ramenjest kolejną potrawą, która przywędrowała do Japonii z Chin. Cienkie nitki makaronu w aromatycznym bulionie mogą być przyrządzane np. z warzywami lub z mięsem.
Opisy pochodzą z Biuletynu Informacyjnego Ambasady Japonii.

Damian je Japonię

DDN je Japonię

Po trzecie: mięso

Jeśli zwykle jestem fanem podejścia „drożej nie znaczy lepiej”, o tyle po drugiej stronie globu jest inaczej. Przynajmniej, jeśli to o mięso chodzi. Bardzo trudno jest znaleźć dobrej jakości dania mięsne, a znalezienie ich w przystępnych cenach graniczy z cudem. Większość posiłków opiera się na małej ilości czegoś, co nie nazwałbym „dobrym mięsem”. Kontrast jest tu ogromny, bo to właśnie w Japonii jadłem najlepszy i najgorszy kawałek wołowiny w swoim życiu. Może wynika to z tego, że do regularnego jadłospisu mięso zostało dodane w Japonii dość późno? W XIX wieku był nawet cesarski nakaz jedzenia wołowiny, celem „wzmocnienia tężyzny” wśród mężczyzn.

Zdecydowanie łatwiej jest o dobry kawałek kurczaka, choć i tu spotykałem się z łykowatą skórką czy gorszymi jakościowo kawałkami. Generalnie, dobrym wyborem bywają yakitori, czyli szaszłyki z kurczaka polane słodkim sosem.

IMG_4726

W następnej części wpisu o Japonii chciałbym dokładniej omówić poszczególne dania, porównać je z europejskimi odpowiednikami i podać kilka sprawdzonych adresów dla tych z Was, którzy zamierzają odwiedzić Kraj Kwitnącej Wiśni. Czy interesują Was też przekąski, dania dostępne w marketach i japońskie słodycze? Wiem, że zwłaszcza ostatnie przedarły sie do popkultury, a YouTube pełen jest ludzi, którzy próbują różnych ich rodzajów… Jest z czego wybierać. Proszę komentujcie: tutaj, lub na Facebooku – jestem ciekaw, czy forma opisowa, bardziej subiektywna przypadła Wam do gustu.

Share This

Share This

Share this post with your friends!